| |
Admirał polskiej szanty
SYLWETKA. Marek Siurawski
Na honorowym miejscu półki Marka Siurawskiego stoją dwie książki - "Szanty z siedmiu mórz" Staną Hugilla oraz "Przez głębie i mielizny" Williama Robinsona.
Pierwsza to zbiór sześciuset szant - szantowa biblia świata. Druga, to opowieść byłego urzędnika o rejsie dookoła świata. W pewnym momencie człowiek ten stwierdził, że ma dosyć urzędniczego życia - rzucił cylindrem o chodnik, kupił sobie jacht, nauczył się nawigacji gdzieś w bibliotece i wziął świat pod pachę.
- Bardzo to przeżywałem jako czternastolatek. Zacząłem uważnie wpatrywać się w mapy i kreślić w szkolnym atlasie wymyślone trasy swoich rejsów. Myślałem - żeglowanie to jest to, co chciałbym kiedyś robić.
Niedawno w krakowskim Teatrze Stu odbył się benefis śpiewaka szant Marka Siurawskiego. Imprezę zorganizowali przyjaciele z okazji pięćdziesięciolecia jego urodzin. Szef teatru Krzysztof Jasiński przyznał mu honorowy tytuł admirała polskiej szanty.
Wyśnione marzenie o morzu
Marek Siurawski urodził się w Białogardzie na Pomorzu. Rodzice prowadzili tam zakład fotograficzny, ale były to lata niszczenia rzemiosła - w zakładzie i w mieszkaniu ciągle siedział komornik, wszystko było ostemplowane. Siurawscy postanowili uciekać i trafili do Lublina. Przy ulicy Przechodniej założyli w 1955 roku zakład fotograficzny "Foto-Elwika".
W ślady rodziców poszła starsza od Marka o trzynaście lat siostra, która do dziś jest fotoreporterem. On zrealizował marzenia o morzu, kiedy pojechał na studia politechniczne do Warszawy. Na pierwszym roku zapisał się na kurs żeglarski, a potem nawiązał kontakt z Centrum Wychowania Marynistycznego w Gdyni. Dwa razy w roku - w letnie i zimowe wakacje -jeździł tam na dwutygodniowe obozy, a w lecie na koniec był rejs po Zatoce Gdańskiej. Przekazywano też młodym ludziom wszystko, co dotyczyło kultury morskiej - tradycje, legendy, obyczaje, ceremonie... Wtedy Siurawski zetknął się z szantami.
Trzy, cztery, hoop!
Klasyczna definicja szanty brzmi: marynarska zespołowa pieśń pracy z po-
kładów wielkich żaglowców. Najbujniejszy rozwój szant przypada na połowę XIX wieku. Na statkach żaglowych było zwykle za mało ludzi i wspólnie śpiewane pieśni ułatwiały pracę. To tak. jak przy przenoszeniu szafy z pokoju do pokoju w cztery osoby - kiedy trzeba ją unieść ponad próg, słychać chóralne: trzy. cztery, hooop! Szanta to jest coś takiego, tylko w bardziej śpiewnym wydaniu, gdzie na akcentowane sylaby refrenu można było łatwiej wspólnie coś tam pociągnąć, unieść, czy przekręcić.
Otworzył się nowy, zupełnie odmienny świat muzyki. Załogi były często międzynarodowe - poszczególni członkowie wnosili na pokład swoją muzykę. Na to nakładały się wpływy z rejonów, w które statki zawijały. Z tego jakieś domorosłe talenty muzyczne poprzez improwizację tworzyły trzecią jakość - swoistą mieszankę muzyki całego ówczesnego świata.
Prawdziwa Sally Brown
Skąd się wzięła nazwa szanta?
- To jest kalka z angielskiego. Ale skąd się wzięło słowo, nie wiedzą nawet najwięksi specjaliści. Jest kilka teorii, z których najbardziej efektowną przytoczę za Stanem Hugillem, legendarnym nieżyjącym już szantymenem. Otóż w początkach XIX wieku na Karaibach dokonywano masowych wyrębów lasów. Pracujący tam drwale mieli nad brzegiem morza drewniane chaty, nie wiadomo dlaczego zwane szantami. Były one ustawione na dużych, poziomych belach, żeby w miarę wyrębu lasu można je było przesuwać. Drwale ciągnęli za liny chatę, a na dachu siadał najbardziej leniwy z nich i śpiewał. Nazwa chaty - szanta - przeszła z czasem na piosenki i śpiewaka, którego nazywano szantymenem.
Z czego wynika atrakcyjność oryginalnych szant współcześnie? - Przede wszystkim stąd, że mówią o żywych ludziach i prawdziwych historiach tamtej kilkudziesięciotysięcznej społeczności. Jeżeli szanta mówi o Sally Brown, która przebrała się w marynarski ubiór, by popłynąć za swym ukochanym, to taka dziewczyna rzeczywiście była. Jeśli jest o kapitanie Burgessie, którego załoga wyrzuciła za burtę za brutalność, to takiemu człowiekowi naprawdę się to przydarzyło. Dawni marynarze rzadko kiedy pisali i czytali, więc szanty były
dla nich takimi muzycznymi gazetami, które przechodziły z pokładu na pokład. Wraz z znikaniem zawodowych wielkich żaglowców, z mórz zaczęły znikać szanty. Ale żyli jeszcze starzy marynarze: na lądzie zaczęto szanty nagrywać i świat się zakochał w tej muzyce. U nas to zainteresowanie przyszło długo po wojnie.
Kliper siedmiu mórz.
Jedną z pierwszych grup wykonujących szanty w Polsce był zespół Stare Dzwony, założony przez Siurawskiego w trakcie studiów z kolegami z warsztatów.
W połowie lat 70.
Janusz Sikorski, członek Starych Dzwonów i dziennikarz radiowy, zaproponował Siurawskiemu wspólne prowadzenie audycji w Rozgłośni Harcerskiej. Ukazywała się co tydzień przez sześć lat pod tytułem "Kliper siedmiu mórz". W nieustającym konkursie wyłaniali co roku ośmiu słuchaczy z całej Polski, z którymi w lecie wypływali w rejs po Bałtyku. Kiedy Siurawski wrócił do Lublina przed kilkoma laty, zdecydował się na kontynuację "Klipra siedmiu mórz". Co sobotę o godzinie 20.30 Radio Lublin nadaje audycję "Razem bracia do lin". Teraz też oprócz opowieści morskich i szant jest konkurs, w wyniku którego najlepsi co roku płyną jachtem "Roztocze" w dwutygodniowy rejs po Bałtyku.
Siurawski kończy drugie wydanie swojej książki "Szanty, szantymeni". Uaktualnia kalendarz imprez szantowych i okazuje się, że nie ma w Polsce miesiąca, a niekiedy i dwóch tygodni, żeby nie odbywało się duże - na co najmniej kilkaset osób - spotkanie szanto-we. Zagraniczni goście przyjeżdżający na polskie spotkania ukuli termin polish shanty movement - polski ruch szantowy.
- Zabawne jest to, że najwięcej tych imprez jest na południu kraju - chyba dlatego, że im dalej od morza, tym bardziej się go pożąda. W naszej flocie znane jest zresztą powiedzenie, że najlepsi marynarze to górale. Ja mieszkam na Wyżynie Lubelskiej, więc jestem takim półgóralem - mówi Siurawski.
Jacek Szymczyk
|
|