Przeminął Żagli Piękny Wiek

Zniknęły z odwiecznych szlaków szybkie klipry. Nie ma białych płócien na grotmasztach. Pozostały pieśni marynarzy ocalone przez morskich romantyków, którzy wi­dzą w nich szczególne i wyrafinowane piękno.

Szanta, marynarska pieśń pracy, ma długą historie. Ludziom morza towarzyszyła od zara­nia, ułatwiając ciężką pracę i czyniąc ją lżejszą. Pak mocno była związana z morzem, że nie śpiewano jej w ogóle na lądzie. Paradoksalne -źródłem szant były często pieśni ludowe.

Znane dzisiaj szanty powstały na styku dwóch kultur: celtyckiej i murzyńskiej. Spo­tkały się w rejonie Antyli, na ruchliwym skrzy­żowaniu żeglarskich szlaków między Ameryką i Europą. Nie powstawały na zamówienie, nie pisali ich wielcy poeci. Podobnie jak pieśni więzienne, pieśni czarnych niewolników i amerykańskiego Południa, czy francuskich traperów z północnej Kanady - były grupo­wym wyznaniem niedoli; często upamiętniały szczególnie dramatyczne wydarzenia, z czasem obrastające w legendę. Rzadko się trafia praw­dziwa poezja, piękna fraza, szczególny styl. Język szant jest taki jak ludzie, którzy je tworzyli: prosty, dosadny, często wulgarny.

Nie będziemy dociekać, skąd określenie "szanta" na pieśń marynarską. Wielki angielski żeglarz i marynarz, jednocześnie najsłynniejszy "szantymen" świata, nieżyjący już Stan Hugill, autor książki "Szanty siedmiu mórz świata", podaje kilka mo­liwości pochodzenia nazwy. "P" najbardziej podoba się sugestia, że szantę stworzyli Murzyni z Wysp Karaibskich. Swe domy, budowane na palach, nazywali "shanties". W razie powodzi można je było przesuwać na rolkach z pni drzew. Na dachu siedział szantymen, który improwizował pieśń, dostosowując jej tempo i rytm do możliwości robotników ciągnących liny.

Pierwsze pieśni marynarskie śpiewano już w epoce elżbietańskiej, za czasów Magellana i Drake'a. Jednak szanta rozkwitła naprawdę w drugiej połowie ubiegłego wieku, w czasach szybkich statków pocztowych, jeszcze szybszych kliprów, dalekich wypraw po bawełnę, herbatę i korzenie, wielkiej emigracji do Ameryki i Australii oraz gorączki złota. Ironia losu sprawiła, że złoty okres rozwoju szanty przypadł na schyłek żaglowców, zaczy­nał się wiek pary.

Na żaglowcu każda czynność miała swój czas i rytm. Inaczej wyglą­dała praca przy stawianiu żagla, inaczej przy wyciąganiu kotwicy. Inne pieśni śpiewano przy szotach i brasach, inne na rejach, przy kabestanie lub pompach. Każda z tych czynności miała swą pieśń o odpowiednim rytmie, tempie i melodii.

Jest wczesna wiosna roku 1849. W porcie Liverpoolu przy nabrzeżu stoi wielki kliper, który ma wypłynąć do Kalifornii. Na pokładzie kilku­nastu marynarzy wyciąga kotwicę. Równomiernie napierają na handszpaki. Na bębnie kabestanu siedzi szantymen, grając na maleńkich skrzypeczkach. Jego głośny i ostry śpiew przerywają chóralne odpowiedzi marynarzy, zagłuszając dźwięki opadającego łańcucha. Słyszymy śpiew...
Przeminął żagli piękny wiek - Hoodah, hoodah! I zamilkł już na morzach śpiew, i na morzach zamilkł śpiew. Nagle w niebo wzbija się chóralna, pełna nadziei i tę­sknoty pieśń:

O! Aj-ho! Do Sacramento szli, By zloty piach garściami brać, Zloty brzeg ma Sacramento. Sacramento to, oczywiście, rzeka w Kalifornii, do której w połowie XIX wieku przypływali żądni łatwego łupu śmiałkowie. Gorączka złota ogarnęła cały świat. Kiedy statki przypływały do celu, załogi opuszczały je, ruszając biegiem w poszukiwaniu złotego piasku. Fortuny rodziły się z dnia na dzień i równie łatwo przepadały. Razem z po­szukiwaczami przypływali oszuści, złodzieje, handlarze al­koholu, prostytutki, mordercy.

Jedna z szant opowiada o słynnym werbowniku Shanghaj Brownie, przywódcy gangu porywaczy marynarzy, który zmarłego ojca zawinął w worek i, jako pijanego w trupa marynarza, sprzedał na statek, który kompletował załogę.

Do najstarszych śpiewanych i dzisiaj szant należą "Hiszpańskie dziewczyny" z XVI wieku. Była to pieśń marynarzy angielskich okrętów wojennych powracających z Morza Śródziemnego, wzdłuż brzegów Hiszpanii do ojczyzny.

Żegnajcie nam dziś hiszpańskie dziewczyny,
Żegnajcie nam dziś' marzenia ze snów,
Ku brzegom angielskim już ruszać nam pora,
Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów.

Tę szantę także śpiewano w porcie, kiedy statek wypływał w daleki rejs. Natomiast kiedy kotwica zawisła już nad lustrem wody, następo­wał najtrudniejszy etap: należało ją ręcznie złowić i przymocować do kotbelki. Były to dwie belki dębowe lub tekowe, z wyrzeźbioną na koń­cu głową kota. Ta operacja też miała swoją szantę:

Rwij ją do góry, a-jo! Cheely man!
Z kotbelki za sznury, a-jo! Cheely man!
Właściwy tytuł tej pieśni brzmi: "Cheerily Men!" - żywo, ludzie! By­ło to zawołanie na statkach bardzo stare i bardzo popularne. Używa go Szekspir w "Burzy".
Po zamocowaniu kotwicy należało umyć i uporządkować łańcuch. Trwało to długo, bo ludzie musieli przerzucić kilkanaście ton.
Chwyć go i pociągnij ile sil,
Hej, Maringo, żegnaj nam!
Wrzuć go tam, gdzie zawsze będzie gnił...
...śpiewali powoli.

Tę szantę lubili również marynarze ze statków przewożących bawełnę i inne ciężkie ładunki.

Ledwo ludzie uporali się z łańcuchem ko­twicy, już trzeba było stawiać żagle. Wielkie ża­glowce miały ich dwadzieścia kilka. Połowę z nich stawiano, ciągnąc ruchome reje w górę. Kiedy szły do góry, szantymen intonował pieśń falową na długie pociągnięcia. Ludzie, stojąc gęsiego przy poziomym odcinku fału, wybierali linę w czasie partii chóralnej. Odpo­czywali, kiedy szantymen śpiewał solówkę. Za
każdym szarpnięciem reja szła kilkanaście centymetrów w górę, wciąż w tym samym, pulsującym jak pieśń rytmie:

A kiedy byłem mały brzdąc,
Wuj na kolana mnie brał:
Ciągnij fal, Johny!
O! Wybieraj go!
I whisky ze mną do rana pił,
Choć ciotki zlej się bal.
Ciągnij fal i wybieraj go - o wybieraj go!

Refowanie i zwijanie żagli było zajęciem trudnym i niebezpiecznym, a jednocześnie malowniczym, wyzwalającym w załodze chęć ry­walizacji. Trzeba było być nie lada zuchem, by w nocy, w porywach ostrego i zimnego wiatru, siedząc na rei kilkadziesiąt metrów nad po­kładem, zgrabiałymi od zimna rękami zwijać zmarznięte płótno. W ciemności nic nie widać, wiatr zagłusza wszystko, pasy bezpieczeń­stwa to marzenie, którego się nie zna. W takich warunkach można al­bo wyć z rozpaczy, albo śpiewać... Najbardziej znaną szantą refową by­ła "Paddy Doyle". Jej bohaterem był Irlandczyk, Patryk, a właściwie Patryś, który nie zapisał się chlubnie w pamięci marynarzy. Był kupcem, który oszukiwał ich, sprzedając najpodlejszy towar. Każdy Irland­czyk nazwany Patrysiem bierze się do bójki.

Dawne statki nie były szczelne. Żaglowce przeciekały i gdyby nie pompy na pokładzie, poszłyby na dno przy pierwszym nabraniu wody. Praca przy nich była monotonna i nużąca. Dlatego śpiewano szantę rytmiczną, pobudzającą do wysiłku, a jej żartobliwe słowa odwracały uwagę od "pompowania".

co tam widziałeś w Mobile Bay?
Dziewczyny piękne, chętne też.
A kogo poznałeś w Mobile Bay?
Ognistą, piękną Saucy Gray.
I co z nią robiłeś w Mobile Bay?
Puściłem na nią cały szmal.

Szanty były pieśniami pracy. Kiedy pogoda sprzyjała i morze było spokojne, mijały tygodnie bez pieśni na pokładzie. Śpiewano wtedy w kubryku; były to pieśni czasu wolnego. Ale na żaglowcach chwil wolnych było mało, obowiązywała zasada: zawsze coś do roboty! Kapi­tanowie lubowali się w cytowaniu katechizmu filadelfijskiego: "Sześć dni w tygodniu będziesz pracował w pocie czoła, a dnia siódmego bę­dziesz szorował pokład cegłą i piaskiem, i skrobał z rdzy łańcuchy". Przy pracy rozmowa była zabroniona. O ósmej wieczorem gaszono światła. Na statku obowiązywała żelazna dyscyplina i rzadko kto pró­bował j ą naruszyć.

A jednak zdarzały się chwile wytchnienia i wtedy załoga zbierała się właśnie w kubryku, w dziobówce, jak powiedzielibyśmy teraz. Wzdłuż burt biegły koje, pośrodku stał sosnowy stół, po jego obu stronach -drewniane ławy. Tu marynarze odpoczywają, śpią, palą fajkę i śpiewają. Myliłby się ten, kto by sądził, że tęsknią za domem, za dziewczyną, za innym życiem. W pieśniach kubryku pełno jest opowieści o morskim życiu, morskich tragediach, pełno w nich żalu za morską przygodą. Bo pieśni kubryku powstają na lądzie, podczas zimowych postojów, przy pracy lądowej, od której ludzie morza odwykli. Często śpiewa się o dziewczynie, która w przebraniu męskim dostaje się na statek, by być blisko ukochanego. Jeszcze jedna cecha wyróżnia te pieśni od szant: nie ma w nich fragmentów obscenicznych.

Najpopularniejszą pieśnią kubryku było "Pożegnanie Liverpoolu", którą jeszcze terazmożna usłyszeć w Anglii lub Irlandii:

Żegnaj nam, dostojny stary porcie,
Rzeko Mersey, żegnaj nam!
Zaciągnąłem się na rejs do Kalifornii,
Bytem tam już niejeden raz.
Zaciągnąłem się na herbaciany kliper,
Dobry statek, choć sławę ma złą.
A że kapitanem jest tam stary Burgess,
Pływającym piekłem wszyscy go zwą.

Herbaciany kliper - to żaglowiec "David Crocket", zwodowany w roku 1853 w USA. Pływał między Liverpoolem i Kalifornią, pod do­wództwem kapitana Johna Burgessa, znanego z żelaznej ręki, którą trzymał marynarzy. W roku 1874 Burgess wypadł za burtę podczas ostatniego przed emeryturą rejsu.

Przeminął żagli piękny wiek. Atlantyk należał do nich do roku 1857. Wtedy Europę z Ameryką łączyło 50 linii żeglugowych, które przewiozły trzy miliony emigrantów. Najsłynniejsza z nich to Black Bali Linę z purpurowymi proporcami, z czarną kulą pośrodku. Wyporność żaglowców tej linii nie przekraczała 500 ton, ale Atlantyk pokonywały rekordowo szybko. "Yorkshire" potrzebował na to 16 dni. Potem nad­szedł czas śmiertelnych wyścigów żagli z parą. By wygrać z techniką, kapitanowie żaglowców wyciskali z marynarzy pot i łzy, zmuszając ich do nadludzkiego wysiłku.
O nich śpiewa się teraz szanty także w czasie krakowskich festiwa­li piosenki żeglarskiej. W tym roku w dniach od 24 do 26 lutego br. odbędzie się już XIV Festiwal Piosenki Żeglarskiej "Shanties '95" w Krakowie.

Janusz Marcjan

(Opracowano na podstawie książki Marka Siurawskiego - "Szanty i szantymeni. Pieśni i ludzie z wielkich żaglowców". Wy d. Glob 1990